Kategoria: Testy
Testy wszelkiego rodzaju
Od kilku(nastu) miesięcy możemy zaobserwować w Polsce swoistą modę na gitary produkowane przez Johna Suhra. Podjęcie się przez Guitar Heaven dystrybucji zdecydowanie ułatwiło do nich dostęp, gdyż teraz nie musimy już jechać na przykład do Niemiec, by spokojnie ograć kilka modeli i złożyć zamówienie. Kiedy więc sam zacząłem się rozglądać za nowym instrumentem, postanowiłem wziąć też pod uwagę właśnie Suhry, tym bardziej, że z Allegro zniknęła gitara, na którą ostrzyłem sobie zęby. I tak, w okresie przednoworocznym, z Poznania pociągiem wróciłem z przeraźliwie ciężką, czarną walizką, zawierającą przedmiot niniejszej recenzji.
Efekty z jednym pokrętłem... taaaaaaak... recenzja? Prawie niemożliwe. To co teraz czytasz, to nie jest recenzja kolejnego efektu z jednym pokrętełkiem. Byłoby zbyt prosto, brzydko ujmując byłoby amatorsko. Bo co można napisać o takim czymś? Tu kręcisz, tu wpinasz? Nuda. Napiszmy raczej o tym, jak łatwo spisać coś na straty, jak łatwo stracić wiarę w legendarność i jak łatwo się na tym wszystkim przejechać!
Zawsze byłem pełen podziwu dla prostych designów. Dla wszystkich efektów, które sprowadzały się do jednego pokrętła, może do tego pstryczka i tyle. Uwielbiam wręcz prostotę bez prostactwa, dzięki której szansa zepsucia sobie brzmienia malała o kilka długości. Jeden Small Stone portafił zagrać na milion sposobów, MXR Phase 90 na kolejny milion, a oba zawsze brzmiały przerewelacyjnie. No i tu pojawia się klops: EHX Flanger Hoax wcale taki prosty nie jest. Wręcz przeciwnie, jest arcytrudny i na pierwszy rzut oka... Zapowiada się na twardy orzech do zgryzienia.
Kiedy kilka lat temu wchodziłem do zaprzyjaźnionego sklepu muzycznego nie przypuszczałem, że opuszczę go z nową zabawką w plecaku. Tak jednak się stało i dziś chciałbym podzielić się z Wami moimi przemyśleniami na temat tejże zabawki, którą jest BOSS AW-3 Dynamic Wah.
Fender. To słowo-klucz wypowiada się zazwyczaj bez egzaltacji, tak charakterystycznej przy wypowiadaniu innego słowa, zaczynającego się na "G"... Stało się tak zapewne w wyniku polityki Fendera, stworzeniu odmiany japońskiej (te akurat trzymały klasę) i meksykańskiej (tutaj już nie zawsze było dobrze) o tej samej nazwie marki. Nie mnie oceniać, czy to dobrze, czy źle, wiadomo jednak, że Fender nie zawsze kojarzy się już z najwyższą jakością i niezawodnością. A synonimem niepewności stała się, o dziwo, seria amerykańska - Highway One. Oj, krąży mitów na ich temat - że grają jak Squiery, że grają gorzej niż meksykańce, że grają tak samo jak amerykańskie standardy, że robi się je ze sklejki, że wkłada się do nich niemiecki osprzęt... oj, dużo tego było, i w sumie jest nadal. Ale ile w tym prawdy? To wiedzą już tylko posiadacze i ogrywacze :) Spiszę więc wrażenia po pół roku posiadania. Bez ściemy...
Firma Electro-Harmonix jest dość znana na świecie za sprawą szerokiej gamy swoich efektów gitarowych. Spotykałem się także z przypadkami, kiedy również inni instrumentaliści używali tych efektów, np.: klawiszowce, didżeje itp. „gadziny”. Może to świadczyć albo o uniwersalności tych sprzętów albo o… No właśnie, o czym?
Drodzy zgromadzeni tłumnie miłośnicy rzeźniczych pickupów – zgodnie z obietnicą daną zbyt dawno temu i stanowczo zbyt pochopnie któremuś z forumowiczów, trylogii testowej część finalna. Zapisano bowiem w Księdze, że gdy Wielka Trójca się wypełni, nastąpi przestraszliwe dudnienie i łomot jakoby Niebo na głowy nasze lada chwila zwalić się miało. A że Księga nie zwykła się mylić w takich sprawach, zapraszam na test ostatniego setu pickupów w tym cyklu – Lace Drop & Gain’s.
Technologia bije rekordy prędkości, a Electro Harmonix sięgnął daleko w przeszłość. Mike Matthews, symaptyczny staruszek ze swoją burzą siwych włosów (a jednocześnie założyciel i szef EHX) od kilku lat konsekwentnie sięga do odmętów historii i rozwija swoje produkty w zupełnie innym kierunku niż jego
cyfrowi konkurenci. Niezaznajomionym w temacie słowo przypomnienia - Mike Matthews to właśnie ten człowiek, który zupełnym przypadkiem wymyślił pierwszy przester. Na liście jego osiągnięć można spotkać jeszcze kilka urządzeń, które odświeżały brzmienie rocknrolla przez ostatnie dekady, ale dziś zajmiemy się najbardziej pierwotnym urządzeniem ze stajni Electro Harmonix. Design Germanium OD opiera się na pierwszych tego typu urządzeniach z lat sześćdzieśiątych - skojarzenia z Rolling Stones będą jak najbardziej na miejscu. Ale zaraz zaraz, czy to ma w ogóle jakieś zastosowanie w dzisiejszych standardach? A i owszem, większe niż się na pierwszy rzut oka (i ucha) wydaje. Ale po kolei.
Na fali popularności „elektrycznej” muzyki powstało wiele firm produkujących narzędzia do jej wykonywania – od kompaktowych efektów podłogowych po szafy wielkości typowego pianina. W 1976 roku Duńczycy, bracia Rishoj postanowili wnieść swój wkład w rozwój tej branży i założyli firmę TC Electronic. Nie wiedzieli, że tworzą właśnie jednego z najważniejszych graczy na rynku sprzętu muzycznego. Przyszłość kraju rysowała się w jasnych barwach…
Pierwsze efekty produkowane przez TC Electronic zostały przyjęte bardzo dobrze przez gitarzystów i szybko zyskały swoich zagorzałych wielbicieli. Były to konstrukcje na tyle udane, że niemal trzydzieści lat później firma postanowiła wypuścić ich wznowienia. W serii reissue, nazwanej dla zmyłki Classic pojawiły się efekty Booster + Distortion, Sustain + Parametric EQ oraz Classic TC XII Phaser, na którego test zapraszam dzisiaj.

Mówi się, że dzieło wybitne poznaje się po tym, że nie pozostawia nikogo obojętnym – można być jego miłośnikiem lub szczerze go nie cierpieć, ale nie można po prostu przejść nad nim do porządku dziennego. Jeśli przełożyć tę prawdę na świat sprzętu gitarowego, to niewątpliwie dziełem wybitnym było stworzenie przez firmę EMG pierwszych przetworników aktywnych. Niemal natychmiast znalazły one swoich zagorzałych wielbicieli, jak i zastępy obrońców technologii pasywnej jako „jedynej słusznej”. Pomimo opinii wielu muzyków o sterylności brzmienia, pomimo mitów o tym, że EMG wyrównuje brzmieniowo Les Paula Custom i przeciętną łopatę z naciągniętymi strunami, firma uparcie trwała przy swoim dziecku, jako rozwiązaniu mającym znacznie więcej plusów niż minusów. Plusy te doceniło wielu zawodowych muzyków, głównie spod znaku krwi i mroku (jak np. znany ciężarowiec David „666” Gilmour czy równie ponure indywiduum Mike „Satan” Keneally oraz, o dziwo, bluegrassowy wymiatacz Zakk Wylde), a także wielu realizatorów, którzy dostrzegli w niemal bezszumowej technologii panaceum na wiele bolączek dnia swego codziennego.